Z rozmyślań o demokracji cz. II

Wybory czyli jak i na kogo liczyć

W związku z obecną sytuacją troszkę przemyśleń politycznych. Jak wiadomo w ostatnich wyborach do sejmu druzgocące zwycięstwo odniosło PiS dystansując pozostałe partie. Co skutkuje obecną sytuacją jaką mamy za oknami- kryzys związany z Trybunałem Konstytucyjnym i nowa ustawa o Trybunale Konstytucyjnym, ustawa antyterrorystyczna, realne ryzyko wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, irracjonalna polityka zagraniczna i obronna. Tak wyliczać można długo. Do tego w dłuższej perspektywie dochodzi realne niebezpieczeństwo zmiany konstytucji (w obecnym układzie parlamentarnym jest to trudne ale wykonalne). Dlaczego tak jest? Kto zawinił obecnej sytuacji? Odpowiedzi padają różne. Obwinia się PO i jej niemrawą i słabą merytorycznie kampanię wyborczą. Mówi się o rozłamowcach z Razem, którzy swą niechęcią do Zjednoczonej Lewicy pogrzebali szanse na obecność tej ostatniej w sejmie i w konsekwencji dodali miejsca w sejmie PiS. Mówi się o naturalnym zużyciu koalicji rządzącej PO-PSL. Źródła szuka się w stylu rządzenia przez ostatnich 25 lat. I być może wszyscy mają rację, jednak główny winowajca jest gdzie indziej moim zdaniem.

Od lat spoczywa sobie spokojnie w grubych Dziennikach Ustaw i pokrywa się kurzem. Tym winowajcą jest ordynacja wyborcza i związana z nią metoda liczenia głosów. Jak wiemy zgodnie z naszą konstytucją wybory do sejmu są m.in. „proporcjonalne” (art. 96). To jeszcze nie wszystko. Przyjmując ordynację wyborczą należy przyjąć także „metodę liczenia głosów”. Obecnie u nas obowiązuje metoda D`Hoonta (art. 166 ustawy Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej). Według tej metody liczy się głosy i przyznaje mandaty poselskie. Jak wiadomo metoda ta, mówiąc skrótowo, silnie faworyzuje mocne ugrupowania. Co oznacza, że ten kto zdobył najwięcej głosów (w naszym wypadku PiS) otrzymuje w stosunku do pozostałych ugrupowań znacznie więcej mandatów. Co widać wyraźnie w naszym sejmie.

Wystarczyło jedynie zmienić metodę liczenia głosów z D`Hoonta na Sainte-Lague (metoda ta nie jest obca naszemu systemowi wyborczemu. Już raz u nas gosciła), a wynik wyborów byłby całkiem inny. PiS nie miałoby tak dużej większości w sejmie i nie mogłoby rządzić samodzielnie. Jedna mała zmiana w ustawie a dzisiejszy parlament i sytuacja polityczna byłby zupełnie inne. Śmiem twierdzić lepsze. A gdybyśmy jeszcze znieśli albo obniżyli progi wyborcze z dzisiejszych odpowiednio 5 i 8% do powiedzmy 3 i 5%? No to obecny sejm wyglądałby jeszcze inaczej. A PiS siedziałoby samotnie w koncie. My zaś moglibyśmy mieć np. centrolewicowy rząd koalicyjny. Ale o tym należało pomyśleć odpowiednio wcześniej. Ustawa czekała na zmianę od dawna taka biedna i zapomniana.

Jak widać w tym wszystkim najważniejsza nie jest kampania wyborcza i styl rządzenia (choć te też niewątpliwie są ważne) ale „metoda liczenia głosów”. Tu bije źródło sukcesu PiS i porażki PO i pozostałych ugrupowań. Aż chce się zakrzyknąć parafrazując pewnego prezydenta- arytmetyka głupcze.

Dla wszystkich zwolenników ordynacji większościowych mam złą wiadomość. Gdyby w ostatnich wyborach obowiązywała ordynacja większościowa, w sejmie mielibyśmy dwie partie- ogromne PiS i malutkie PO. Reszta siedziałaby w domu (w najlepszym wypadku).

To tyle w kwestii przemyśleń politycznych zainspirowanych obecną sytuacją w kraju.
Bardzo serdecznie dziękuję za uwagę, bardzo serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.